sobota, 17 października 2020

Jesieniowo

A ja żem się cieszę, Że słotno, że jesień, Że liśćmi szuranie, Że we mgle znikanie, Że wieczór pod kocem, Że długie snem noce, Że dynia w obiedzie, Że można już w śledzie, Że sweter otula, Że wiatr w polu hula, Że pachnie łęt dymem, Że czerwonym winem, Że pędu wstrzymanie, Że w nostalgii trwanie, Że może nic chce się, Że po to jest jesień. b.

piątek, 24 sierpnia 2018

Konsekwencje aury bez kontentu czyli hmws



Ostatni sierpniowy tydzień w pracy upłynął zupełnie nieoczekiwanie pod sztandarem mizianym leniwą flautą. Na sztandarze wyblakłe od słońca literki oznajmiały, że „prawie wszyscy jesteśmy na plaży, proszę nam nie zawracać ... gitary sijulejteraligejter. i tak, zastępca też jest na plaży i nic pan/pani od nas się nie dowie i nie wydostanie, najwyżej garść plażowego piachu w szprychy, bye bye. Over. Ale bez odbioru”. To niezwykle mile zaskakujące doświadczenie płynące ze wszystkich czterech stron świata, lub jak nakazuje teoria Prachetta z góry i z dołu dysku pozwoliły mi kompulsywnie zasysać wirtualną rzeczywistość via internet leniwie siorbiąc entą kawę. Naddatek zanabytej o rzeczywistości wiedzy nienakoniecznie mnie ukontentował. Okazuje się jednak, że czasem pozostawanie w stanie błogiej nieświadomości pozwala ominąć pigułkę na nadciśnienie i podwyższony kardiopuls. Gdzieś koło środy, zażywszy stosowne medykamenta, zarzuciłam na monitor w akcie odseparowania od „Okna na świat” kocyk w misie koala. Ale zaraz go zmieniłam na kocyk w labradory gdyż się okazało, że koala jest aktualnie bardzo wkurzony i miota we mnie rakietą manewrującą wprost z jakiejś fregaty. Labradory tymczasem niczym nie miotały. W piątkowe popołudnie grożące burzami nad stolicą wróciłam na Staropańszczyźnianą wypluta (gorącem) jak niestrawione resztki przez tego pytona, co go nikt nie umi namierzyć (imho on już dawno spłynął był Wisłą ku morzu i zajada się bałtyckim śledziem). Ponadto meteorolodzy zapowiedzieli oko cyklonu, drastyczny spadek Celsjusza, burze i obfity opad na cały weekend. Faq! Wszak. To w ten weekend mieliśmy w mazurskich okolicznościach przyrody celebrować w promieniach słońca urodziny świeżo zamężnego Mariana. Kąpać się w bezglonnym jeziorze, nabywać smagnięcia słonecznym promieniem, delektować się mięsno-bezmięsnym grillem. Usłuchawszy podszeptów meteorologa zrezygnowano niestety tymczasowo z wyprawy na Mazury. Jęk zawodu wzmocniony żalu westchnieniem strząsnął był żółkniejące od upału liście ze środkowoeuropejskich drzew a mówią, że i baobaby i sekwoje nagle listowie utraciły. Tymczasem w popołudniowy piątek nad Staropańszcyźnianą nadszedł był front i zbierały się kłębiaste chmury. Ale jakoś bez żadnych groźnych pomruków. Mając w alternatywie sprzątanie apartamentu lub rowerową wycieczkę na nowo nabytym siodełku (stare się ostatecznie rozpadło na kaszubskich szlakach) wybrałam rower. Ulubiona pętla (dodajmy dla planujących ten szlak: te kierunki zawsze z górki): z Tarchomina nad Wisłą do mostu Północnego, nim na lewą stronę rzeki, wygodnym trotuarem do mostu Gdańskiego, hop siup znowu na prawą stronę, i szlakiem Golędzinowskim na śliczny mosteczek nad Żeraniem.


A potem to już prosto i fruuu do domu wałem bujnie obrośniętym ekosystemem. Dobrze, że znam tę trasę na pamięć, bo jechałam z zamkniętymi oczami, nozdrzami i ustami. Gdyż. Meszki. Miliardy maciupcich meszek czyha aktualnie na nadrzecznego globtrotera. Oblepiają spoconą twarz bezlitośnie. Wprawdzie nie kąsają, ale zgarnianie ich trucheł przyklejonych do policzków i powiek wymaga od cyklisty zręcznej acz niemiłej ekwilibrystyki. Muszę sprawdzić, czy maska szermierza chroni przed tymi insektami. Prędzej taką nabędę niż kask. A może już są są na rynku jakieś kompilacje. Dziesięć minut po tym, gdy zaparkowałam w domu, nadejszła zapowiadana przez meteorologa burza. Natenczas siedziałam już we wannie spieniając mydło „biały jeleń” ufając, iż blokowo-osiedlowy warrystor jakbyco ochroni mnie przed wyładowaniami. Mielący ciepłe powietrze wiatrak nie zaznał od wyładowań uszczerbku . I topsz. Bo to mój ostatnio ulubiony fryzury kreator. A zimny i deszczowy weekend niech sobie nadpełza, pfff. Mam rozlicznie alternatywne plany i „hakmuwsmak”. temu bezsłonecznemu weekendu.


b.

wtorek, 7 sierpnia 2018

lata uciążliwa dewiacyjność


nie wiem czy to lato, które z niebywałym impetem i animuszem zaczęło się zaraz po mokrej i brzydkiej Wielkanocy, jest jednym z wielu i kolejne potwierdzą trend spalenia słońcem kuli ziemskiej, czy jest tylko wrednym wyjątkiem jak fasolka o zapachu durianu w torebce pełnej słodkich smakowitych esencji. Ale wiem na pewno, że tak upiornie upalne jest pierwsze w moim życiu. Wydaje mi się, że spowodowało ono odwrotność ewolucji, gdyż nie chodzę już a pełzam niczem pierwotny płaz. Tyle, że nie z wody na ląd a z lądu do wody. A wszystko, by jakoś uratować tę moją dzisiejszą formę przetrwalnikową. Pełzam więc głównie do pobliskich zbiorników wodnych czyli do umywalek i do wanny, co wymaga ode mnie umiejętności chińskich akrobatek, bo gdy już podpełznę śliską terakotą pod wannę, to muszę wykonać z miejsca bez batuty salto z półobrotem by z rozchlapem plusnąć w zimną toń kranówki. Poczem następuje intensywne nawilżanie poprzez kilkukrotne zanurzanie. Irytujące jest, że już samo wypełzanie z wanny powoduje nadmierną produkcje potu. Musiałabym się chyba wykąpać w antyperspirancie, by odcinek Baden-Baden – salon z na oścież rozwartym skrzydłem okiennym przejść suchą stopą. O całym suchym jestestwie trudno nawet marzyć odkąd Celsjusz rtęciową głową uderza codziennie w koniec górnej skali. Błogodajne wieczory, kojące ponoć chłodnym okładem, są natenczas jak niegdysiejsza „czarna wołga” . Niby istnieją ale nikt ich nie złapał na gorącym, tfu, zimnym uczynku. Im bardziej otwieram na noc okno, a niedługo dojdę do jego spektakularnego wyłamania z ościeżnicy czyniąc sobie jako pierwsza w bloku okno obrotowe, tym bardziej zamiast chłodu wpada mi na kwadrat bezmiernie liczna ferajna gryząco-bzykających gości (nie no co wy, mówię o komarach!). Widać robi taki tłum na wejściu (rodem z kabaretowego „open the door!!!”), że dla powietrza nie zostaje nawet lichuteńka szparka. Owszem, zaposiadłam urządzenie zwane wiatrakiem (Szwagrostwu Chwała i Cmok w mankiety). I on teraz u mnie praktykuje mode on 24/24. O tym czy zarobię na rachunek za prąd pomyślę w listopadzie. Suponuję, że kierownik elektrowni z zachwytem na koniec szychty odrysowuje konsekwentnie od 8 tygodni rosnącą sinusoidę moich zobowiązań finansowych i już planuje na tej podstawie zakup czteropiętrowego, klimatyzowanego bungalowu na jednej z rajskich wysp Morza Andamańskiego w Tajlandii. Od mielenia ciepłego powietrza wiatrakiem przybywa tyle chłodu ile słodkości herbacie od mieszania srebrną łyżeczką bez dosypywania sacharozy. Próbuję się więc łapać na zroszone poranki, łudząc się, że to jest życiodajna kompilacja (w końcu i tak nie śpię o czwartej a.m., gdy nawet brzaskolubny drozd obraca się na drugi bok a dla takich jak ja nastawia ubiegłoroczne nagranie majowej pieśni godowej w podskrzydłym bluetoothcie). Ale zanim dotrę do romana z jego nawiewem chłodnym wprawdzie ale ciut zbyt intensywnie tchnącym aromatem nadrzecznego zjełczałego szlamu(filtry nie dają rady przemielić podmiejskich miazmatów pomięszanych ze smogiem), to rosa wyparowuje skraplając się na gołych łydkach, ramionach i oklapłej grzywce. A tymczasem biuro jest jak doskonały termos na rosół. Trzyma wysoką temperaturę przez całą dobę. Bladym świtem wpadam tam lotem kosząco-ukośnym zygzakując po pokojach i otwierając wszystkie okna i balkony. Wiewiórka na pobliskiej sośnie podpatruje i nieustająco stuka się orzeszkiem w rude czoło. Czekanie na przeciąg jest literacką peregrynacją po dziełach Becketa. Bo. Albo jest czekaniem na Godota albo trwaniem Winnie ze „Szczęśliwych dni” w ziemnym kopcu w pełnym słońcu, bez szansy na cień. Zostaje zastosować staroziemską zasadę: klin klinem. Potrójne cappuccino parzy usta dystansując na chwilę od upalnego ukropu. Milusińscy interesanci albo wystrzeliwują swe oczekiwania jak z karabinu maszynowego (aha! Mają klimatyzowane biuro) albo udręczonym głosem próbują złożyć zgłoski w coś sensownego, najczęściej daremnie ( aha!! Ofiary klimatyzacji braku). Oczywiście, że ci drudzy są u mnie obsługiwani w pierwszej kolejności (o jakżeby się chciało rzec: odśnieżania). Bowiem. Współczulność oraz empatia są wyszyte złotym haftem na sztandarze naszej firmy. Szkoda tylko, że ten sztandar od tygodni nie łopoce tylko lepką materią owija się wokół drzewca.
Czasem kładę się na biurowej dębowej posadzce pod wlotem/wylotem komputerowego wentylatora, który tak kusząco szumi. Ale to jest jeno atrapa! Jak te wiatraczki krążące po internetach imitujące powiew. Szumi owszem. ale NIE dmucha! Blaga, machloja i szachrajstwo na resorach. A gdyby tak, tu oddajmy się marzeniu, gdyby on dmuchał na mnie zamiast na skryte we swym wnętrzu outlooki/windowsy/excelle, to ja bym mu przecież uchyliła niebaskłon. Irchą bym politurę obudowy przetarła, łopatki wiatraczka czule spryskała WD40, kabelek prądotwórczy z pętelek uwolniła. No ale jak nie, to nie. NIE będzie spa dla androida!
W całej tej upalnie złożonej sytuacji klimatycznej widzę jeden plus. Plusik. Plusiniątko. Za gaz to mi w tym roku dopłacą banknotami szeleszczące krocie. Gdyż albowiem niezwykle rzadko się mi zdarza gotować zimne jak Arktyka zsiadłe mleko, a ziemniaki i skwarki (nawet te vegańskie z kaszy gryczanej obsypanej węgierską papryką wędzoną) dochodzą na nasłonecznionym parapecie w okamgnieniu, zanim słońce się schyli za widnokrąg.
Tego lata lodówka, może dlatego, że wiekowa wielce, dumnie pręży drzwiczki od zamrażalnika co wieczór wyświetlając mi neon z Placu Konstytucji: KLM (Royal Dutch Airlines). Kusząc szwedzkim kołem podbiegunowym. Ach jakże dzisiaj chętnie bym tam poleciała.


(zdjęcie pożyczone z internetów)

b.

poniedziałek, 6 sierpnia 2018

Kaszubskie elukubracje kanikularno-kulinarno-komemoracyjne

Pierwszy tegoroczny urlop zmienił się był niepostrzeżenie w czas przeszły dokonany. Chlipnę wymownie, bo jest za czym. Bory Tucholskie z bezlikiem jezior rzuconych przez matkę naturę hojnie w głęboką zieleń przepastnych lasów cieszą oko zjawiskowym szmaragdem pod bezchmurnym nieboskłonem.


Niestety częściej cieszą tylko oko, rzadziej spragnionego chłodu całego człowieka jako substancji spoconej rowerowym błądzeniem po niezbytdobrzeoznakowanych leśnych areałach. to jest istna katorga, gdy wodę kuszącą lustrem bryzą marszczoną widzisz a stopy zanurzyć nie możesz. Gdyż. dostępu doń bronią dzikie szuwary i/lub tylko nielicznym autochtonom znane do nadjeziornych mikroplażynek ścieżki.


Mijasz więc łkając i łykając łzy żalu oraz strugi potu skroplone upałem nad czołem nieukontentowanym brakiem osiągalności źródła potencjalnego ukojenia i zmierzasz rowerem w tym upale dalej (oby, jeśli kosmiczny kartograf pozwoli) do domowego zacisza ze źródlanym zimnym prysznicem. a tymczasem pokonywanych w trudzie i znoju leśnych przestrzeni telefoniczny GPS dość często nie rozpoznaje, gdyż zbyt rzadko tu w lasu środku stawiają anteny, bo jelonki i motyle ich jeszcze nie potrzebują. Czyli .Zostaje mapa papierowa. a tymczasem ona zwija się ze wstydu, że OOO! o tej drogi to akurat nie nanieślim. I tamtej i kolejnej co ją na rozstaju mijacie, też. no nie nanieślm. Opieranie się w nawigacji na tradycyjnie północnie mchem porosłych konarach drzew nie zdaje się być kluczowym rozwiązaniem. gdyż. wyalienowanie natury wydatnie nękanej przez człowieka także tu zostawia swoje ślady-innowacje-dewiacje. Mech na brzozie rośnie tam a na sośnie zupełnie siam. A tu burza nadciąga, las groźnie szumi gnąc czubki drzew do ziemi. My zaś pedałujemy po tucholskim bezkresie upewniając się za każdym leśnym duktem, że nigdzie drogi do domu ni kurhanu ze współrzędnymi. Są tylko tabliczki oznajmiające bliskość rezerwatu „Krwawe doły” jakoś nam nad wyraz chętnie w środku puszczy wyskakujące. No owszem, był na mapie taki rezerwat. Ale. on nie był kuszący. Gdyż z niego nie było drogi ucieczki. W samym środku środka lasu, z dalekiego dala od cywilizacji piorunochronami okraszonej zapętliłyśmy się tam z Alaską jak na rondzie Babka i w którą stronę byśmy nie pojechały, wracałyśmy w te markotne , krwawe okolice. a burza szemrała coraz bliżej i bliżej. W końcu siłom i godnościom osobistom przerwałyśmy ten chocholi taniec i lekceważąc mapy popedałowałyśmy na durś, gnane bardziej moimi brontofobicznym lękiem niż topograficzną logiką. Nagroda za zbłądzenie w borach była godna królów. na zwieńczeniu tych peregrynacji po dzikich tucholskich bezdrożach czekała na nas Oberża w Konarzynach. Państwo to sobie odnotuje w kajeciku. To jest miejsce ukojenia nawet najwybredniejszego gastroentuzjasty. Tam kotlet schabowy prześciga średnicą młyńskie koło, wątróbkę podają w miednicy , zupę rybną pokocha każdy ryb adwersarz a pierogi z kaczką lub jagodami ozdobione kwiatami nasturcji uśmierzą ból istnienia nawet listopadowego kontestata. atrakcyjność dań kusi zgłodniałe tłumy w środku wioski leżącej w zasadzie w , przepraszam, ale w nigdziebądź. Czyli daleko od szosy. Rozmiar podawanych dań przekracza geometrię przestrzennego pojmowania. Kunszt i smakowitość potraw wynieść musi ponad nieboskłon nawet marzycieli o daniach Michelina. Skręćcie tam kiedyś znienacka jadąc na północ od Bydgoszczy. Wasze kubki smakowe będą Wam wylewnie i długo dziękować. Jeszcze w długie zimowe wieczory marzyć będziecie o ichnich surówkach z młodej kapusty, wyśmienitych małosolniakach, kompocie z papierówek zebranych w przydomowym ogrodzie otaczającym mury restauracji a.d. 1908, . i o cudownej polędwicy wędzonej nad jałowcem. Ta organoleptycznie gargantuiczna retrospektywa pozwoli Wam dzielnie przetrwać jesień, zimę i kulinarnie marny przednówek. Nie omieszkajcie!

b.

poniedziałek, 5 marca 2018

Lodołamacz im. Pani M.


Z powodu permanentnej bezsenności w tarchomińskim Seattle wypadłam dzisiaj z tapczana o 5:40 więc bez pośpiechu odpaliłam romana i udałam się do biura (choć zdarza mi się wypaść także z tapczana z tego samego powodu o 7:57. ale wtedy to już się w ogóle nie spieszę, bo wiadomo. Cobym nie zrobiła i w jakim tempie nie przyklejała sobie rzęs to i tak utknę w korku, w którym mogę sobie przykleić wszystko łącznie z twarzą Marylin Monroe a i tak dojadę do biura w korkach po 1.5 h).
W konsekwencji dotarłam do biura oczywiście przed całą ludzkością a zatem to ja otwarłam drzwi Nowemu. Zrobiwszy welkom z nieznacznym dygnięciem wskazałam gabinet. Mówię Wam, gigantyczny powitalny bukiet kwiatów w pustym gabinecie skonsternowałby najtwardszego twardziela. Po pozornym otrząśnięciu Nowy wszedł w załogę jak w masło ciachami z Saskokępskiej Irenki. Na pytanie o powitalne śledzie zrobił klasyczne „nemutodom” . No cóż. Trzeba będzie nowego przeszkolić, co lubi kerowniczka serwisu. Ale. ponieważ znamy się od lat, to bury nie było. Było zaś jakby wrócił po weekendzie a nie po 6 latach absencji. Instruktaż na ekspresie przeszedł gładko, na drukarkę się nie załapał bo w serwisie. W ogóle poszło imho zbyt gładko. Załoga obłaskawiona wysokojakościowymi węglowodanami oraz ujmującym stylembycia Nowego w natentychmiast przeszedłszy na per Du wprawdzie poniekąd ściskała wszelkie półkule ale nie przywdziała sztywnego krawata. Nieoczekiwanie radosnym spójnikiem okazała się znajomość naszej kochanej Pani M., która już wprawdzie jest na emeryturze ale była w firmie niczem wzorzec z Sevres gdy naonczas bardzo nowy Nowy był pod jej opieką, była gdy rzucał się w otchłań innego biznesu i była jeszcze, gdy inni nowi (dzisiaj już zasiedziali pensjonariusze naszego przybytku ) przybywali falami skuszeni świetlaną przyszłością w branży maszyn robiących donośnie PING. Brała ich pod swoje opiekuńcze matczyne skrzydła i pod swoją kuratelę, uczyła używać sztućców i korygowała umlauty w wymowie. Powiadam Wam, wspólnota wspomnień z hukiem otwiera wrota porozumienia. Zupełnie jak troskliwe acz mentorskie ramiona Pani M. Aczkolwiek wątpię by Pani M. była ukontentowana naszymi aktualnymi akurat niewybaczalnie rozkosznymi opowiastkami na Jej temat. Ale. To w sumie Jej należy się dzisiejszy bukiet łamiący pierwsze lody z Nowym... Co mi nasuwa myśl taką, że oni wszyscy kiedyś też mnie będą jakoś musieli/chcieli wspominać. Mam nadzieję, że nie zapomną moich japońskich pierożków baozi z ogórkową sałatką sunomono. Ot taki jest mój wkład w branżę maszynek PING. A. Nie!!! wszak ciągnie się za mną tytuł królowej targowych kanapeczek i paróweczek. Boszszsz. człowiek robi w życiu tyle niby fajnych i ważkich rzeczy a zostaje po nim wspomnienie sandwicza i rozgotowanego na targowej maszynce spirytusowej bratwursta z małosolnym. Ale. Ja jeszcze mam czas. Ja im jeszcze pokażę.
b.

piątek, 2 marca 2018

Poszukiwany konwenans powitalny dla nowego dyrektora

3 miesiące temu ojciec-dyrektor zapowiedział swoje symboliczne odejście na emeryturę i jako przyszłego cerbera przedstawił nam nowego dyrektora, który przejmie biczyk, pejczyk i inne środki przymusu ekonomicznego mające w nieodległej przyszłości wygenerować nami świetlaną przyszłość firmy, tak świetlaną aby ojcu-dyrektoru nie zbrakło na godne praktykowanie emerytury. 3 miesiące temu to była mglista wizja i po pierwszym szoku wszyscyśmy się zapomnieli o nadchodzącym armagedonie zmian. Tylko coraz bardziej niefrasobliwe relacje z o-d wskazywały, że on ci już jedną nogą w obfitych pieleszach germańskiego zusu i mocno zredukował stopień martwienia się donosznymi przez nas problemami. Zrobiła się z niego taka Scarlet O’Hara tylko bez talii za to z posiwiałym włosem. Gdy już prawie przywykliśmy do sytuacji, że ojciec-dyrektor czyta nasze maile przez grubą gazę i odfiltrowuje jedynie wyrazy o pozytywnych konotacjach nadszedł marzec. A w pierwszy poniedziałek marca zawitać ma w nasze progi nowy dyrektor. Lekko skonsternowani zadajemy sobie więc pytanie jak będzie, ale jeszcze intensywniej zadajemy sobie pytanie jak nowego przywitać. Sytuacja bez precedensu. To nasz najpierwszy w historii firmy poza o-d dyrektor. Pierwszy pomysł, by zamknąć drzwi na klucz i udawać, że nas nie ma odpadł w przebiegach. Na pewno o-d dorobił nowemu klucze.
Zbieramy więc naprędce informacje jak przywitać. Może szpalerem bielanek sypiących mu pod nogi płatki róż, a nóż. idąc do swojego gabinetu na pięterku się poślizgnie i załatwimy sobie kilkutygodniowy okres karencji/absencji? Co do powitalnych kwiatów podjęliśmy jednogłośnie decyzję, że dostanie difenbachię bogatą w strychninę. Pozatym co. pokażemy mu kuchnię i nasz najważniejszy sprzęt resuscytacyjny czyli ekspres do kawy. Przeszkolimy jak używać, żeby nie zepsuć, bo wtedy grupowo zwalniamy się i pozywamy nowego do sądu pracy. Drukarkę też mu pokażemy. Może przy pierwszej próbie skorzystania się uda na niego zrzucić dysfunkcyjność tego urządzenia, które drukuje w zależności od ciśnienia atmosferycznego albo tylko w dni parzyste. Do końca nie rozkminiliśmy. Być może tajemnica tkwi w braku tonera, co sugerował ostatnio hydraulik nagabnięty w temacie przy okazji odpowietrzania kaloryfera. No to tak, bielanki zamówione, difenbachia się ukorzenia, kawa nabyta. No to chyba wszystko. Myśl nas jednak dręczy jakowaś, że on zechce się z naszymi dotychczasowymi dokonaniami na niwie zapoznać. Znaczy na dywanik poprosi. Więc. każdy z nas przez weekend opracowuje swoją bajkę. Ba. szkatułkową opowieść o trudach i znoju pracy na tym trudnym odcinku handlu maszynkami co robią PING. Kłopot w tym, że za dużo kitu wcisnąć się nie da, bo nowy z branży jest i conieco kuma. Powiedziałabym kuma duże conieco. A ja na ten dywanik to pójdę nie sama ale z moimi chłopakami z serwisu. Mentalnie. bo chłopaki rozsiane po kraju naprawiają co kto inny spsował. Ale obiecali, że jakby co, to gotowi są przyjechać ze Śląska i zrobić nowemu jesień średniowiecza. No dobrze. Będzie co będzie. Cała załoga liczy, że nowy przyjdzie z ciastem wkupowym. Ja oczywiście liczę na wkupowe śledzie.
b.

niedziela, 21 stycznia 2018

Zima w mieście

gdyby się zaraz miała zrobić odwilż, to ja już mam swoją zimę udokumentowaną

b.